Efekty – dla realizatora i dla muzyka

480smallZainspirowany dyskusjami na forach internetowych zacząłem się zastanawiać, jak to jest z różnymi efektami i ich użyciem – przez muzyków i w studiu. W studiu – wiadomo, co to jest pogłos czy kompresor i do czego służą, ale używa ich realizator i w dodatku post-factum – czyli muzyk nie słyszy efektów podczas nagrania. Czy można inaczej?

„Od wieków” staramy się nagrywać ślady czyste, bez efektów, decyzje o nich pozostawiając do etapu zgrania. Ostatnio „czystość” śladów zaczyna nabierać innego wymiaru, bo coraz częściej i przesterowane gitary do etapu miksu docierają w wersji liniowej, i dopiero podczas zgrania dostają symulację wzmacniacza czy podlegają reampingowi – ale przynajmniej na razie nie o tym chciałem pisać, żeby nie otwierać kolejnej puszki. Chodzi mi o „zwykłe”, tradycyjne efekty studyjne, aplikowane podczas zgrań – albo podczas nagrań. To pierwsze mamy doskonale opanowane, to drugie…

Przykład pierwszy, oczywisty – „talent” do słuchawek dla wokalistki czy wokalisty. Są dwie szkoły, tak wśród wykonawców jak wśród realizatorów (tu już o drugą szkołę trudniej, ale może), dzielące się wzdłuż linii „dawać – nie dawać”. Niektórzy wykonawcy lubią, niektórzy muszą mieć pogłos, niektórzy nie chcą – tak czy inaczej, zasadniczo zawsze albo prawie zawsze spotykamy się ze strony realizatora ze stwierdzeniem „lepiej śpiewaj bez”. A przecież pogłos i delay będą dodane przy zgraniu, na pewno! W tej sytuacji wykonawca śpiewając nie wie, jak to będzie brzmiało. Może śpiewając z pogłosem zaśpiewa inaczej, lepiej? Oczywiście, nie wiemy, jaki pogłos w końcu damy, ale to nasz problem – dobry wokalista „wyobrazi sobie”, jak będzie, ale inspiracji sobie nie wyobrazi.

Już pogłos zmienia efekt końcowy, ale w sumie jest to czepianie się, bo zwykle dajemy go niewiele i jego obecność czy brak nie zmieni interpretacji (chyba?). Może w zakresie ogromnych zmian tak algorytmu jak i ilości pogłosu można się dopatrywać problemów, ale było demo, były próby, wiemy, w co gramy. Jednak ręka w górę, kto nie miał takiej kłopotliwej sytuacji z delayem: czas delaya dobrany idealnie do tempa utworu, zasadniczo wszystko się zgadza, ale jak chcemy dodać na ostatnie słowo więcej, to „coś nie bangla”, jakoś krzywo albo co… Zmiana czasu niewiele daje, tylko pogarsza sprawę… Wiadomo co to jest – lekko nierówno (zwykle zbyt szybko, ale bywa różnie) jest zaśpiewane to ostatnie słowo, które ma się parę razy powtórzyć  – jak nie ma delaya, to trudno to zauważyć, jak go dodamy, od razu słychać. Gdyby wokalistka śpiewała od razu z delayem w słuchawkach i  w odsłuchu w reżyserce, tego typu problem zostałby wykryty i naprawiony – tymczasem podczas zgrania jest to trudne albo wręcz niemożliwe, bo dotyczy zaśpiewania nierówno słowa „w środku” albo dziwnego ataku, i fajny (choć nagminnie używany i nadużywany) efekt zamiast pomagać psuje, przyciągając uwagę w sposób negatywny. „Zwykłe śpiewanie” też może zyskać na odsłuchiwaniu z delayem – jeżeli okaże się, że ten delay „coś nierówno powtarza”, to „automagicznie” zaczniemy zwracać uwagę na fakt, że równo to nie tylko równo na początku, ale i na końcu 😉

Chorus i inne efekty modulacyjne – hmmm… tu chyba nie czekają nas żadne niespodzianki, chociaż może ktoś ma jakieś dziwne doświadczenia?

A inny efekt, bez którego dobrego współczesnego wokalu nie ma, czyli kompresor? Nagrywać z kompresorem czy bez? Jeżeli bez, to słuchać (i dawać do słuchawek) wokal po kompresorze, czy przed? A co z instrumentami? Efekty na instrumenty – dawać do odsłuchu podczas nagrań czy nie? Kompresor do basu, delay do solówki gitarowej? Jest tego trochę 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s